niedziela, 3 kwietnia 2016

Shanty i o dobrych ludziach

  Od ostatniego wpisu minęło dużo czasu, dawno nic nie pokazałam. Nie dlatego, że nie miałam czego pokazać, ale  dlatego, że... ( i tu możecie sobie dopowiedzieć lub dopisać wszystko, co Was zapewne też bardziej absorbuje niż poświęcanie czasu na hobby). Co innego, w każdej wydartej codziennym obowiązkom chwili chwycić za druty lub szydełko, a co innego w miarę ciekawie o tym napisać. Przynajmniej ja tak mam. 
 Przez  wiele lat produkowałam dzianiny, proponowane przez różne kolorowe magazyny ( z niemieckojęzycznych  numerów Vereny, nie rozumiejąc ani słowa, odwzorowywałam z dużym powodzeniem co ciekawsze projekty),  szukałam inspiracji w zasobach Pinteresta a całkiem niedawno moja starsza córka pokazała mi RAVELRY. Przeglądając jego zasoby, moją uwagę przykuły Ice Shanty, projekt Amy Miller. Ciekawa forma swetra pełniącego funkcję kurtki-kangurki. Duuużo włóczki. Przed zakupem wzoru powstrzymał mnie jednak przerost kosztu włóczki nad formą. Do czasu. Dobrzy ludzie mi pomogli podjąć decyzję. Ci "dobrzy ludzie" to moi sąsiedzi, którzy po ok. 40 latach przechowywania, wydali mi (wiedząc, że dobrze się nimi  zaopiekuję) dwie paczki włóczki. Pierwsza z nich, to 10 jeszcze nie zwiniętych 100 gramowych motków z banderolą z czasów odległych ( jestem nieco sentymentalna, więc łza niemal w oku się kręci). Ilość i skład idealny na Shanty: 30% moher, 20% wełny i 50% anilany. Włóczka  przez tyle lat przechowywana w dobrych warunkach, po jednym praniu całkowicie odzyskała świeżość i właściwą strukturę. Nie miałam już wymówki: kupiłam wzór i wydziergałam. No, może trochę uprościłam sobie pracę. Tam, gdzie mogłam, łączyłam części, żeby uniknąć zszywania.























4 komentarze: